Barszcz ukraiński

pigPo uruchomieniu laptopa, miałem nadzieję na spokojny czerwcowy weekend. Z niepokojem otworzyłem skrzynkę pocztową.

Pierwszy istotny, zauważony przeze mnie e-mail, dostarczył do mnie Zbyszek Sękowski – marynarz i brydżysta. Spotykam się z nim sporadycznie od 30 lat i już ten fakt powinien był wzbudzić moją czujność. Mając w sobie pełną ufność do ludzkości, zakodowaną przez Głównego Programistę, kliknąłem na wiadomość od marynarza. Zbyszek coś w nim konfabulował na temat organizacji turnieju charytatywnego – na rzecz chorych dzieci. Aby zyskać na czasie i stłumić organizatorskie zapędy, zaproponowałem, aby powtórnie napisał do mnie, gdy znajdzie majętnych sponsorów. Nadzieja podpowiadała mi, że tej barykady nie pokona, poddając się na etapie wstępnej inspiracji i podniecenia.

W drugiej wiadomości zaś przeczytałem, że Ted Turner bardzo prosił mnie, żebym w sobotę wpadł do Atlanty i spotkał się z Larrym Kingiem. Ted pisał, że Larry, po zakończeniu roboty w CNN, niepokojąco często powtarza pożegnalną frazę: „Good night and thank you all for watching” i tupiąc nogami żąda spotkania ze mną. Zagrałem w swoim życiu kilka ładnych roberków z gwiazdą programu „Larry King Live”, lecz tym razem wszystko wskazywało na to, że powodem jego histerycznej pozy nie był brydż. Nawet gdyby chodziło o prozaiczne spotkanie przy „zielonym stoliku”, nie odmówiłbym Teddy’emu. Moje ostatnie wahanie zostało zmasakrowane załącznikiem w postaci wejściówki na przyszłoroczny finał „Super Bowl”, do loży Turnera. Koszykarskim ruchem wrzuciłem kilka ciuchów do torby i raźnym krokiem udałem się na busa.

W Berlinie, wyjątkowo ładna panienka z Lufthansy szybko odnalazła moją rezerwację i pofrunąłem via Frankfurt/Main do Atlanty. Na wstępie lotu nad Atlantykiem, Airbusem A340, gaworzyłem sobie luźno z uroczą sąsiadką ze stanu Georgia. Miła stewardessa Johanna raczyła nas raz po raz szampanem i rozmowa zaczęła się kleić. Po kilku kolejkach odważnie zapytałem Hannah, co sądzi na temat wielożeństwa. Ruda czterdziestolatka tylko nieśmiało uśmiechnęła się i kokieteryjnym ruchem poprawiła włosy nad uszami. Pewnie nie była współczesną mormonką w dżinsach, ani feministką wspierającą prawa gejów i lesbijek. Wyglądała na mężatkę, pracującą gdzieś w europejskiej korporacji, która nie wiedziałaby co począć w przypadku legalizacji poligamii. Pewnie tylko Richard Gere lub młodszy Johnny Depp skomplikowałby jej ustabilizowane relacje uczuciowo-seksualne.

Obudził mnie komunikat kapitana statku: “Lotnisko Hartsfield-Jackson, 79° F”. Taksówkarz dowiózł mnie do Four Seasons Hotel Atlanta. Na wstępie przywitał mnie stary znajomy z Aruby, który jeszcze niedawno pracował w recepcji Radisson Aruba Resort, Casino & Spa – moim ulubionym miejscu na ciche weekendowe wypady. Chwilę pogadaliśmy, po czym przekazał mi wiadomość od Teda, z której dowiedziałem się, że Larry przesłał na mój adres wskazówki odnośnie naszego wieczornego spotkania. Przechodząc przez lobby, wpadłem na charyzmatycznego Dikembe Mutombo – byłego czołowego centra Atlanta Hawks. Zawsze, gdy kogoś dawno nie widziałem, to mam w zwyczaju powitanie w stylu „ale wyrosłeś!”. W stosunku do Dikembe to wtedy nie zabrzmiało zgrabnie. Szybka winda dowiozła mnie do celu. Wziąłem prysznic i wszedłem na swoja skrzynkę pocztową.

Następna wiadomość od Zbyszka Sękowskiego rozjaśniła pomysł organizacji I Turnieju Par Open Marynarzy Kontraktowych NSZZ „Solidarność” Szczecin. Klarownym tekstem przedstawił mi, że na liście sponsorów prawdopodobnie znajdą się czołowi przewoźnicy bałtyccy, tj. “Polferries” i “Unity Line”. Do imprezy ma dołączyć się siostrzana Krajowa Sekcja Marynarzy i Rybaków NSZZ „Solidarność”, a całość kwoty wpisowego oraz okolicznościowe datki mają zostać przelane na konto “Smerfnego Funduszu Gargamela” – głównego projektu charytatywnego Stowarzyszenia Pomocy Chorym Dzieciom “Liver”. Dodał też, że obecna na zakończeniu będzie była Miss Świata Nastolatek. Nie wiem co mnie bardziej skusiło do obietnicy ścisłej współpracy – obecność pięknej kobiety na zakończeniu imprezy, czy „zagranie” na rzecz chorej 8-letniej Oliwki. Nie zastanawiając się wiele, wysłałem mu potwierdzenie przyłączenia się do zespołu organizacyjnego. Wziąłem na siebie konstrukcję zawodów od strony technicznej razem z akcją promująca imprezę.

Drugą wiadomością, King przywitał mnie i na wstępie, już bez żadnych ceregieli wprosił się do mnie na 9 p.m. Ten ponad “osiemdziesięcioletni młodzian” zadziwiał mnie przez całe życie. Jego żydowskie pochodzenie gwarantowało zawsze powiew nietuzinkowego humoru oraz nieskrywanych synkopowanych myśli. Serdecznie mu zawsze dziękuję za wspomaganie Polski w latach naszych uniesień solidarnościowych i upokorzeń stanu wojennego.

<Puk, puk, puk…> w drzwiach pojawił się rozpromieniony Larry. Za jego plecami skryli się dwaj hotelowi kucharze. Przywitaliśmy się gorącym „sowieckim misiem”. Od pocałunków w stylu Breżniew-Honecker dawno odeszliśmy. Były już passe. Larry z dziecięcym entuzjazmem i błyskiem w oczach wyartykułował cel naszego spotkania: “Lech! Gotujemy UKRAIŃSKI BARSZCZ!!!”

Szybko zeskanowałem nasze dotychczasowe kontakty. Przypomniałem sobie zabawny epizod sprzed dekady, mający miejsce w restauracji rosyjskiej, usytuowanej w zakamarkach Washington DC – Georgetown. Na wstępie zamówiliśmy po parę wódeczek i nieco później dwie porcje barszczu ukraińskiego. Lekko podchmielony Larry, przypadkowo wywalił na posadzkę misternie przygotowane dania. Nie widziałem czy zrobił to przypadkowo. Wezwałem natychmiast szefa kuchni i używając ekstremalnych kolokwializmów, zrugałem go za profanowanie ukraińskiej kuchni. Zaskoczony siłą moich argumentów – przepraszał, że do barszczu nie dodał jakiegoś kluczowego składnika. Na to lekko wypity Larry krzyknął: „PROWOKACJA!!!”, po czym wybiegł na ulicę i jeszcze głośniej zawył „TAXI!!!”. Jeszcze długo nie mogłem go uspokoić. Tego wieczoru wygłosił prorocze słowa: „uciąć ręce tej rosyjskiej hałastrze za próbę anektowania ukraińskiej kultury narodowej”.

Kucharze rozstawili przenośny, kulinarny warsztat. Na bazie mojej podstawowej znajomości kuchni słowiańskiej, szybko przygotowano i przyniesiono składniki do naszego dania wieczoru. Larry zdradził mi, że został zaproszony do programu “Top Chef” i tylko ja mogę go nauczyć euforycznego gotowania. Zaproponował po kieliszku Absolutu i przystąpiliśmy do preparacji barszczu ukraińskiego. Larry kroił czerwone buraki i ziemniaki w plastry i dużą kostkę. Improwizowałem, dzieląc na porcje świńskie uszy i ogony wraz ze sporymi kawałkami mięsa od szynki. Do tak przygotowanych produktów dodaliśmy szlachetną odmianę fasoli tj. „głupiego Jasia” oraz odrobinę kapusty włoskiej. Około północy dostąpiliśmy do konsumpcji naszego arcydzieła. Po wciągnięciu pierwszej porcji, King spojrzał na mnie z nieskrywanym uwielbieniem. Dopiero teraz zrozumiałem co uczyniłem, dodając do barszczu świńskie uszy i ogony. Rozmawialiśmy swobodnie, lekko popijając. Nie mogliśmy się jednak powstrzymać od tematów bieżącej polityki. Aneksję Krymu oraz napięte stosunki rosyjsko-ukraińskie skwitowaliśmy bojowymi toastami. Prawdopodobnie w końcowej fazie naszej uczty dołączył do nas Jego Ekscelencja Władimir Władimirowicz Putin. Albo tak mi się przynajmniej wydawało. Dopiero teraz rozwinęliśmy intelektualny anturaż wraz ze znajomością słowiańskich pieśni. Oj działo się! Orły i sokoły latały w pokoju!!! Przynajmniej z tego, co pamiętam.

Pikantne szczegóły receptury barszczu zdradzę w swoim kolejnym felietonie. Nie omieszkam również przybliżyć jakie przeobrażenia zachodziły w strukturze organizatorskiej I Turnieju OMK NSZZ „Solidarność”. W jaki sposób z laickiej grupy ukształtowała się profesjonalna ekipa? Jakie wizje logistyczne kłębią się w naszych głowach? Czy stać nas na zorganizowanie jeszcze lepszej imprezy w przyszłym roku?

Lech Mokrzycki
13 września 2014